Skąd wzięło się szycie?
2.jpg

Jeśli myślicie, że za chwilę przeczytacie rozległą historię o tym, skąd wzięło się szycie i czy pierwsza była igła czy nitka - to od razu uprzedzę - historia będzie, ale własna - tej ogólnej tak dobrze nie znam, za to swoją - zupełnie wyśmienicie
ヾ( ̄▽ ̄) 


Wszystko zaczęło się prawdopodobnie w 1994 roku, kiedy przyszłam na świat, dostając trochę od mamy, a trochę od taty. Wyglądałam podobno jak dziecko Rumcajsa (z ciemnymi włosami i karnacją) w przeciwieństwie do mojej siostry bliźniaczki, która pojawiła się jakieś 3 minuty później :)

Tata studiował włókiennictwo i pracował w branży, podczas gdy Łódź rozwijała się bardzo prężnie pod tym kątem. Mama z kolei - szyła ogromnie dużo i zebrała takie doświadczenie, że sama nie wiem, czy kiedykolwiek ją dogonię. W każdym razie, w '94 jeszcze nie wiedziałam o tym, że kiedyś po trochu będę zajmować się tym, co oni.

Być może wiecie, jak to jest - w okolicach dwudziestu lat przychodzi dorosłość, z którą czasem nie wiadomo co zrobić. No dobrze, są przypadki, że ktoś jako małe dziecko szczęśliwie wybrał odpowiedni przedmiot podczas rodzinnego wróżenia przyszłości, ale nie wszyscy takie wróżenie przechodzili.

Sama kiedyś chciałam być między innymi:

  • bliżej nieokreśloną gwiazdą (w rytm piosenki Ewy Farny z Mustanga),
  • nauczycielką (bardzo podobało mi się chodzenie z dziennikiem na lekcje),
  • fryzjerką (ale mama powiedziała, że w cudzych włosach to grzebać się nie będę),
  • lekarzem (do tego byłam przekonana najdłużej, aż przyszło mi wybrać profil w liceum i to przecież łatwizna, biologiczno - chemiczny i po sprawie, tylko... odwidziało mi się, wybrałam dziennikarski (。_。)).

Jakoś na drugim roku studiów (Włókiennictwo na Politechnice Łódzkiej - jak tata) zaczęłam pracować. Z doświadczeniem w sezonowym zbieraniu owoców i warzyw, dwóch dniach spędzonych w call - center i półtora miesięcznym pisaniu byle jakich (serio) teksów reklamowych dostałam 3/4 etatu i rolę sprzedawcy w sklepie sportowym. Kredyt zaufania też dostałam - byłam tak okrutnie nieśmiała, że Dyrektor sklepu w przeciwieństwie do Kierowniczki działu nie wróżył mi wielkiej przyszłości, kwitując moje zatrudnienie słowami 'Ala, z tej dziewczyny nic nie będzie', ałć.

Nieświadoma opinii najwyższego w hierarchii, poznałam dział z tekstyliami, obsługę klientów na kasie i cały standard przy tej obsłudze panujący. Poznałam też, co to implementacja nowych kolekcji i okazało się, że całkiem przepadłam. Uwielbiałam układać ściany z nowościami, robić przebudowy i przebierać manekiny - żeby wszystko było miłe i piękne. Dowiedziałam się, jak to górna część ściany powinna zainteresować, a dolna zaangażować i w rytm muzyki lecącej z głośników, całe dnie mogłam spędzać między meblami, pikotami, wieszakami i najświeższymi kolekcjami Adidasa, Nike i Pumy. 


I byłam prawie pewna tego, że za jakiś czas to zostanę merchandiserem. Niedługo potem zostałam jednak kierownikiem działu.
Znów coś poszło nie tak.

Trochę sobie żartuję, bo podczas przygotowań do rekrutacji na tego kierownika, czytając wszystkie materiały o trudnych sytuacjach, motywacji pracowników, zatrudnianiu, radzeniu sobie z konfliktami - zobaczyłam kolejną ścieżkę. I nadzieję na zawód przyszłości. Postanowiłam sprawdzić. Tym bardziej, że jednak coś ze mnie było :)

Niedługo po werdykcie i zaledwie kilku miesiącach w nowej roli, na drodze stanął mi Poznań i propozycja zajmowania się tamtejszymi tekstyliami. Sklep był większy, kolekcja szersza, akurat kończyłam studia, a przypadki podobno nie istnieją. I to właśnie w tym Poznaniu zabrakło mi czegoś - jakiegoś zajęcia, co wypełnia resztę godzin w tygodniu, poza tymi spędzonymi w pracy. 

Wyszperałam kurs projektowania i szycia - weekendowy. Kosztował całkiem sporo, a ja obawiałam się dużych, jednorazowych wydatków. Po kilku myślowych bataliach w głowie zrobiłam przelew, a potem poznałam zupełnie cudowne dziewczyny na kursie, łącznie z prowadzącą. Uszyłam bardzo pokraczną kieckę, dwie koszulki i chyba jeszcze coś, ale rysowanie mydełkiem po tkaninie, cięcie, prowadzenie materiału pod stopką i odgłos pracującego silnika maszyny okazały się najprzyjemniejszymi zajęciami świata.

Podczas jednej z podróży między prawie Łodzią, a Poznaniem, przytargałam ze sobą Łucznika - prezent na którąś z kilku Gwiazdek wstecz. Ciężko było namówić na to tatę - przewidywał, że maszyna będzie stała tak samo, jak keyboard, który kupił jeszcze wcześniej (tak, na klawiszach też chciałam grać - z jakiegoś tutorialu na You Tube nauczyłam się bardzo popularnego wtedy No One - Alicia Keys i tyle było z mojej kariery muzycznej).
Miał rację - stała całkiem długo.

Wkręciłam się. Szyłam poduszki z polarów, torby z dżinsów i różne rzeczy ze skrawków. Niektóre wychodziły pokracznie, ale wciąż kombinowałam. Uwielbiałam rozprasowywać szwy, łączyć skrawki i biegać do lustra z gotową rzeczą, żeby sprawdzić, jak prezentuje się na ramieniu (do tej pory to lubię) :)

To wkręcenie zostało i ma się całkiem dobrze mimo, że sporo obowiązków doszło, a pracę etatową zmieniłam jeszcze 2 razy. I do Łodzi zdążyłam wrócić. I potwierdzić poważne zamiary wobec szycia zakładając firmę

Tak to było. Po drodze, oprócz szycia nauczyłam się, że próbować to jednak warto.
(〃 ̄︶ ̄)人( ̄︶ ̄〃)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoplo.pl